Dla nauczyciela · 4 min czytania
Osiemnaście godzin przy tablicy. Reszta etatu dzieje się wieczorem, przy stole w kuchni, i nikt jej nie liczy.
Zawód nauczyciela jest w powszechnym wyobrażeniu mierzony godzinami przy tablicy. Tymczasem lekcja to końcowy produkt: przed nią jest przygotowanie materiału, po niej sprawdzanie, a obok tego dokumentacja, która nie ma nic wspólnego z uczeniem, ale musi być zrobiona.
Ta niewidoczna część nie skraca się z doświadczeniem tak bardzo, jak można by przypuszczać. Zmienia się jej skład: mniej czasu na wymyślanie, więcej na dopasowywanie do konkretnej klasy i na papiery, których z roku na rok przybywa.
Część tej pracy jest istotą zawodu i nie ma sensu jej przyspieszać: rozmowa z uczniem, który sobie nie radzi, przemyślenie, dlaczego klasa nie zrozumiała, decyzja o tym, co odpuścić, a co powtórzyć. To jest praca, za którą nauczycielowi się płaci i której nikt za niego nie wykona.
Ale jest też część czysto mechaniczna: przepisanie tego samego zestawu w trzech wersjach, policzenie średnich, ułożenie tabelki, wypisanie klucza. Ona nie wymaga nauczyciela — wymaga tylko czasu, którego on nie ma.
Sensowne narzędzie odejmuje z drugiej kupki, a nie z pierwszej. Ma zdjąć przepisywanie i liczenie, a zostawić decyzje — bo decyzje są tym, co odróżnia lekcję prowadzoną przez człowieka od zestawu ćwiczeń.
Wszystkie narzędzia Leona dla nauczyciela są po tej samej stronie granicy: przygotowują materiał, liczą i zestawiają. Co z tym zrobić na lekcji i jaką postawić ocenę — zostaje po Twojej stronie.