Leon — Asystent
← Wszystkie artykuły

Dla rodzica · 5 min czytania

Rachunek za korepetycje przekroczył roczne czesne. Rok i tak trzeba było powtórzyć.

Nie dlatego, że korepetytor był zły. Dlatego, że zaczęło się w kwietniu, a powinno w październiku.

Ta historia ma zawsze ten sam przebieg

Październik: pierwsze słabe oceny. „Jeszcze nadrobi, dopiero się rozkręca." Listopad i grudzień: cisza, bo w dzienniku nie dzieje się nic dramatycznego. Styczeń: półrocze wychodzi gorzej, niż ktokolwiek się spodziewał.

Luty: informacja o zagrożeniu. Marzec: rozmowy w domu, obietnice, tydzień zrywu. Kwiecień: korepetycje, i to nie jedna godzina w tygodniu, tylko trzy albo cztery, czasem z dwóch przedmiotów naraz. Maj: egzamin. Czerwiec: wynik.

Kiedy ktoś na koniec podlicza, ile kosztowały te dwa i pół miesiąca, wychodzi kwota, która potrafi przekroczyć roczne czesne w szkole niepublicznej. A rok i tak trzeba powtórzyć.

Dlaczego te pieniądze nie pomogły

Powody są dwa i żaden nie dotyczy jakości korepetytora.

Pierwszy to czas. Materiału całego roku nie da się przerobić w osiem tygodni — nie dlatego, że nikt się nie stara, tylko dlatego, że zapamiętywanie potrzebuje powtórek rozłożonych w czasie, a czasu już nie ma. Intensywność nie zastępuje rozłożenia. Można zrobić dwadzieścia godzin w miesiąc i zapamiętać z nich mniej niż z dziesięciu rozłożonych na pół roku.

Drugi to brak diagnozy. Pierwsza płatna godzina zaczyna się od pytania „to czego nie rozumiesz?", na które nikt zagrożony nie potrafi odpowiedzieć sensownie — bo gdyby potrafił, byłby w połowie drogi do rozwiązania. Więc godziny idą na to, co akurat przyszło do głowy, albo na przerabianie po kolei od początku. Jedno i drugie jest kosztownym zgadywaniem.

Prawdziwy rachunek jest wyższy niż faktura

Do wydanych pieniędzy dochodzi kolejny rok nauki — czesne, dojazdy, utrzymanie, przesunięte o rok studia albo praca. To jest ta część, którą rodzice liczą dopiero po fakcie.

Najdroższa pozycja nie ma jednak ceny. Nastolatek, któremu zafundowano intensywne korepetycje i który mimo to nie zdał, wynosi z tego jeden wniosek: „nawet korepetycje nie pomogły, więc widocznie jestem beznadziejny". To przekonanie zostaje na lata i kosztuje więcej niż wszystko powyżej razem wzięte.

Co odróżnia wydatek skuteczny od spóźnionego

Trzy rzeczy, wszystkie do sprawdzenia przed pierwszą płatną godziną.

PO PIERWSZE, wiedza o zagrożeniu wtedy, kiedy jeszcze jest czas — czyli jesienią, a nie po informacji o zagrożeniu. Sygnał istnieje dużo wcześniej, niż się pojawia w dzienniku: widać go po tym, których tematów dziecko w ogóle nie ruszyło.

PO DRUGIE, diagnoza przed płaceniem. Konkretna lista: te zagadnienia opanowane, tych nie tknięto, te wracają jako błąd za każdym razem. Korepetytor, który dostaje taką listę na wejściu, nie musi zużyć pierwszych dwóch godzin na rozpoznanie.

PO TRZECIE, żeby po godzinie coś zostało. Zapisany zeszyt to nie jest efekt — efektem jest plan, kiedy do tego wrócić, bo bez powtórki materiał wyparuje do następnego tygodnia.

To nie jest zarzut wobec korepetytorów

Korepetytor, który w kwietniu dostaje ucznia zagrożonego z całorocznego materiału, dostaje zadanie niewykonalne — i zwykle sam wierzy, że się uda, bo chce pomóc. Winna jest kolejność, nie człowiek.

Korepetycje bywają niezbędne i nic ich nie zastąpi, kiedy są potrzebne naprawdę. Chodzi o to, żeby kupować je na czas i z rozeznaniem, a nie z bezradności w ostatniej chwili.

Co z tym robi Leon

Leon prowadzi mapę luk wiedzy i postępy z każdego przedmiotu osobno, więc widać, czego dziecko nie ruszyło, zanim zrobi się za późno. Materiał, który raz przerobiło, sam wraca do powtórki po dniu, trzech, siedmiu, szesnastu i trzydziestu pięciu dniach — bo to rozłożenie w czasie, a nie liczba godzin, decyduje o tym, co zostanie w głowie w maju.

Przeczytaj też

Przejdź do aplikacji